[ Pobierz całość w formacie PDF ]
wnętrze nie zmieniło jej dziwnego samopoczucia. Było coś, o czym nie
mogła zapomnieć, chociaż tego nie pamiętała. Ten dziwny stan męczył ją i
nie pozwalał się rozluznić.
Restauracja Chez Nous była lokalem francuskim jedynie z nazwy. Na
deser podawano co prawda delikatne naleśniczki, ale była to jedyna aluzja
do francuskiej kuchni. Kirsty zamówiła sałatkę z homara i przez chwilę
próbowała się rozkoszować jej wybornym smakiem.
Mogło być cudownie. Gdyby była o sześć lat młodsza... Gdyby Neil i
Diana nigdy nie istnieli. Gdyby Reid był po prostu przystojnym mężczyzną,
RS
84
a nie kimś, czyje spojrzenie sprawia, że brakuje jej tchu. Gdyby chociaż to,
co podświadomie tak bardzo ją dręczy, wyłoniło się na powierzchnię i dało
się wyrazić.
- Co się z tobą dzieje? - zapytał w końcu.
Zjedli już i przez chwilę siedzieli bez słowa. Za oknami widać było port i
ciemne sylwety statków rybackich.
Molo tonęło w księżycowej poświacie. Jego światła odbijały się srebrem
w ciemnej tafli morza. Cudowna noc.
- Nie wiem. - Kirsty wypiła łyk wina i odstawiła kieliszek. Próbowała
zebrać myśli. Obecność Reida jej w tym nie pomagała.
- Zapomniałaś coś zrobić? - zapytał ze zrozumieniem, jak lekarz, który
wie, że skutki takiego zapomnienia mogą być fatalne.
- Nie, to nie to. - Kirsty potrząsnęła głową. - Sama nie wiem, o co mi
chodzi. A, już wiem.
Patrzył na nią wyczekująco. Dziwna randka, podczas której dziewczyna
najwyrazniej myślami przebywa gdzie indziej, próbując w ten sposób nie
być obok niego.
- Tom Harsham.
- Tak?
- Powiedział, że jego dziecko jest chore.
Reid odstawił kieliszek. Spojrzał na nią uważnie, jakby czytał w jej
myślach.
- Kiedy do niego zadzwoniłam, powiedział, że jego synek: zabrał psa na
polowanie kilka dni temu. Blacky złapał kleszcza i się rozchorował, dziecko
też jest chore. Ciekawe, czy to to samo dziecko, które było z psem w lesie.
Reid już przywoływał dłonią kelnera.
- Mogę się mylić - mówiła z wahaniem dalej. - Tom sam jest bardzo
przeziębiony, cały czas kaszle. Może po prostu cała rodzina ma grypę.
- Nie możemy tego nie sprawdzić, prawda? Nawet jeśli to nie to samo
dziecko, musimy wiedzieć na pewno.
W jego głosie rozpoznała spokój i zdecydowanie doktora Hasletta ze
szpitala miejskiego w Woongarrze.
- Powinno już mieć objawy. Przecież zadzwoniliby do ciebie, gdyby z
dzieckiem działo się coś niedobrego.
- Nie znasz ich. W domu Toma Harshama dzieci przychodzą na świat
same, bez żadnej pomocy, choroby leczy się domowymi sposobami. Nikogo
RS
85
się nie szczepi. Psa zawiezli do weterynarza, bo był ledwo żywy i miał
połamane łapy. Teraz Tom przywiózł go do ciebie, bo za bardzo go lubi,
żeby samemu go uśpić.
- Możemy do nich zadzwonić.
- Nie. Jeśli zadzwonię, Tom gotów posłać mnie do wszystkich diabłów.
Muszę zobaczyć dziecko, i to zanim mi je przywiozą w stanie agonalnym.
Udamy, że przyjechaliśmy do nich, żeby odwiezć psa. Z czystej
wdzięczności powinni nas wpuścić do domu.
Podszedł kelner i bez słowa zaczął sporządzać rachunek. Wiedział, z kim
ma do czynienia. Poznał ich i domyślił się, że skoro tak pospiesznie zbierają
się do wyjścia, sprawa musi być raczej poważna.
- Coś nie tak?
- Wszystko było wspaniałe, ale wzywają nas obowiązki.
- Przecież nikt nie dzwonił. Czy to znaczy, że lekarze nawet podczas
kolacji myślą tylko o swoich pacjentach? Może to i lepiej. Będę miał więcej
klientów.
Tom Harsham z rodziną mieszkał kilka kilometrów za miastem. W czasie
jazdy Kirsty cały czas zastanawiała się, czy nie przesadza. Może reaguje
zbyt emocjonalnie, może trzeba było poczekać...
Siedziała zamyślona obok Reida z psem na kolanach, machinalnie
gładząc jego łeb.
Blacky był w bardzo dobrym stanie. Zmiało mógł wrócić do domu.
Doskonały pretekst na wypadek, gdyby Tom zbyt dociekliwie wypytywał o
powód ich nieoczekiwanego przybycia.
Z każdym kilometrem zbliżającym ich do domu Harshamów traciła
pewność siebie. Tom jest wyraznie przeziębiony, mógł po prostu zarazić
syna. Ośmieszą się tylko tym niespodziewanym wtargnięciem.
- Przejeżdżamy przez tereny, na których świetnie się poluje na dzikie
gęsi. Jest cudowna noc. Odpręż się i przez chwilę nie myśl o tym, co nas
czeka w domu Toma.
Położony niedaleko drogi dom Harshamów otoczony był zaniedbanym
ogrodem, w którym straszyły wraki samochodów.
- Tom nie brzydzi się żadnej roboty - wyjaśnił Reid, widząc zdziwione
spojrzenie Kirsty.
Blacky zdawał się nie zauważać brzydoty miejsca, w którym się
zatrzymali. Tu był jego dom!
RS
86
Wyskoczył z samochodu i pobiegł w stronę drzwi. Reid poszedł w jego
ślady. Zastukał.
Otworzyła im Mary Harsham. Nawet nie spojrzawszy na psa, złapała
Reida za rękę i wybuchnęła płaczem.
- Dzięki Bogu, że pan przyjechał, panie doktorze. Właśnie mówiłam
Tomowi, że musi natychmiast zawieść do pana Benjamina.
Zza pleców żony wychylił się Tom.
- Przywiezliśmy psa... - zaczęła Kirsty, ale nie dokończyła, bo Tom
niemal wciągnął Reida do wnętrza domu.
Dziecko leżało w pościeli na kanapie. Spoczywające obok w idealnym
porządku książki, kredki i komiksy wskazywały na to, że niedomaga już od
pewnego czasu. Kirsty wiedziała, że chore dzieci, podobnie jak zwierzęta,
tracą zainteresowanie tym, co je otacza. Im choroba jest poważniejsza, tym
większa obojętność na bodzce zewnętrzne. Zdrowe dziecko nie traciłoby
czasu na leżenie w łóżku, zwłaszcza jeśli nie musi iść do szkoły.
Reid delikatnie pogładził rączkę chłopczyka.
- Cześć, Benjamin. Rodzice mówią, że się kiepsko czujesz.
Możesz mi coś o tym opowiedzieć?
Dziecko uniosło powieki i spojrzało na niego. Było bardzo podobne do
Toma. Miniaturowy, ośmioletni Tom Harsham, jasnowłosy i niebieskooki.
Bardzo blady.
- Nie mogę chodzić, byłem chory i mama myślała, że jestem
przeziębiony, jak tata, ale teraz nie mogę ruszać nogami.
- Jest strasznie słaby - powiedziała Mary przez łzy. - Dałam mu szklankę
soku z pomarańczy, ale nie miał siły wziąć jej do rączki. Mówi, że rączkami
też nie może ruszać.
Reid spojrzał jej w oczy.
- Wasz pies miał paraliż z powodu kleszcza. Wydaje mi się, że z
Benjaminem jest podobnie.
- Nam też to przyszło do głowy - przerwał mu Tom i zaniósł się kaszlem.
- Nie jesteśmy tacy głupi, jak pan myśli, doktorze.
- Wcale tak nie myślę. - Reid wyraznie próbował zażegnać konflikt w
zarodku. - To dość oczywiste, zważywszy że tylko kleszcz może dawać
takie objawy. Prócz tego, rzecz jasna, heinemedina, przeciwko której zresztą
dziecko nie zostało zaszczepione.
- Heinemedina... - W głosie Mary zabrzmiało przerażenie.
RS
87
To wszystko twoja wina, ty stary głupcze - zwróciła się do męża. - Jeśli
Benjamin ma heinemedinę. Reid ujął ją za ramiona.
- Uspokój się, Mary. Prawdopodobieństwo, że Benjamin ma
heinemedinę, jest minimalne. Gdyby nie kleszcz u psa, musiałbym to
sprawdzić, ale w takich okolicznościach należy przede wszystkim dokładnie
obejrzeć dziecko i zobaczyć, czy kleszcz gdzieś się nie ukrył.
- Myśmy go już oglądali. Nic nie znalezliśmy.
- Spróbujmy jeszcze raz.
Z czarnej torby lekarskiej wyjął stetoskop i osłuchał chłopca.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]