do ÂściÂągnięcia | pobieranie | ebook | download | pdf

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Układała warstwy tortu czekoladowo - śmietankowego z kawałkami wiśni, kiedy za
jej plecami rozległ się głos Maksa.
- Przygotowujesz sobie teraz deser? - spytał zaczepnie.
- Nie. - Summer ustawiła zegar w piekarniku i wróciła do blatu, aby przygotować mus
czekoladowy. - Wygląda na to, \e ominęło nas wesele i choroba, choć jedno z drugim ma
niewiele wspólnego. W rezultacie brakuje nam dziś personelu. Przejmuję desery, Maks, i nie
zwykłam prowadzić pogawędek podczas pracy.
- Wesele? Jakie wesele?
- Julio i Georgia pojechali na Hawaje, a Charlie zachorował. Wybacz, jestem zajęta.
- Na Hawaje?! - Tubalny głos kucharza zdawał się wydobywać z otchłani piekielnych.
- Bez mojej zgody?
Spojrzała na niego przez ramię.
- Na razie daruj sobie histerię i ka\ komuś obrać dla mnie jabłka. Zaraz zabieram się
za szarlotkę królewską.
- Zmieniasz moje menu! - wrzasnął.
Summer odwróciła się ku niemu gwałtownie. Jej oczy ciskały błyskawice.
- Słuchaj, mam kilka deserów do zrobienia i mało czasu. Radzę ci, \ebyś nie wchodził
mi w drogę, bo nie będę się silić na uprzejmość.
Maks wyprostował się i wciągnął wydatne brzuszysko, wypinając pierś.
- Zobaczymy, co ma na ten temat do powiedzenia pan Cocharan.
- Wspaniale! W takim razie obydwaj trzymajcie się z daleka ode mnie przez najbli\sze
trzy godziny - albo ktoś oberwie po buzi moją najlepszą bitą śmietaną. - Demonstracyjnie
odwróciła się do Maksa plecami i wróciła do pilnych zajęć.
Nie było czasu na pieczołowite wykańczanie ka\dego smakołyku z osobna. Pózniej
będzie porównywała te godziny do pracy przy taśmociągu. Teraz trzeba wyłączyć myślenie.
Julio i Georgia zajmowali się deserami. Summer musi zastąpić dwoje.
Zrezygnowała z menu i postanowiła przygotować to, co potrafiła zrobić z pamięci.
Goście będą mieli niespodziankę. Gdy kończyła drugi tort, zdecydowała, \e niespodzianka
będzie naprawdę miła. Pośpiesznie uło\yła wisienki na wierzchu tortu, świadoma, \e czas
płynie nieubłaganie. Niemo\liwością jest stworzenie czegokolwiek według tak
niedorzecznego harmonogramu, irytowała się w duchu.
O szóstej większość wypieków miała ju\ za sobą i mogła skoncentrować się na
wykańczaniu i ozdabianiu deserów. Tu trochę polewy czekoladowej, tam odrobinę kremu,
ły\eczka konfitury, galaretka. Plecy były mokre od potu, bolały ją ręce. Biel fartucha była ju\
tylko wspomnieniem. Zastąpiła ją wesoła kolekcja kolorowych plam. Nikt się do niej nie
odzywał, poniewa\ nikomu nie odpowiadała. Nikt nawet nie śmiał się do niej zbli\yć.
Od czasu do czasu władczym ruchem ręki wskazywała naczynia do umycia.
Usługiwano jej szybko i w milczeniu. Je\eli ktoś odwa\ył się odezwać, czynił to szeptem, z
dala od czułych uszu szefowej. Nikt z personelu nie widział jeszcze takiego spektaklu.
- Masz kłopoty?
Summer usłyszała za sobą cichy głos Blake'a, ale się nie odwróciła.
- W ten sposób robi się samochody, a nie, desery - powiedziała ponuro.
- Pierwsze opinie z sali są obiecujące.
Odchrząknęła, maskując zadowolenie. Paroma ruchami rozwałkowała ciasto na placki.
- Kiedy będę na Hawajach i spotkam przypadkiem Julia i Georgię, rozłupię im czaszki
tym oto wałkiem - zapowiedziała.
- Widzę, \e jesteś trochę rozdra\niona - szepnął i natychmiast został spiorunowany
spojrzeniem. - I zgrzana. - Dotknął jej wilgotnego policzka. - Jak długo pracujesz?
- Mniej więcej od czwartej - odpowiedziała, z rozdra\nieniem odsuwając jego dłoń.
Szybciutko zaczęła wycinać muszelki z ciasta. Blake obserwował ją z niekłamanym
podziwem. Jeszcze nie widział, \eby ktoś pracował w tak zawrotnym tempie. - Nie plącz mi
się tu! - warknęła.
Cofnął się posłusznie, nie spuszczając jej z oczu. Skrupulatnie wyliczył, \e Summer
przez sześć godzin pracowała nad menu w klitce bez okien, a teraz od trzech harowała w
kuchni. Jest za drobna na taką robotę, pomyślał i obudził się w nim opiekuńczy, męski
instynkt. Za delikatna.
- Niech ktoś cię zastąpi. Powinnaś odpocząć.
- Nikt nie dotknie moich deserów. - Powiedziała to tak stanowczo i władczo, \e wizja
delikatnego kwiatuszka natychmiast pierzchła.
Blake przybrał pokojową minę.
- Mógłbym w czymś pomóc?
- Za godzinę chcę szampana. Dom Perignon, rocznik siedemdziesiąty trzeci.
Skinął głową, bo przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Pachniała jak desery,
ustawione jeden przy drugim na długim blacie. Kusząco, pysznie i słodko. Odkąd ją poznał,
polubił słodycze. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • nutkasmaku.keep.pl